Joanna Rosa, Albert Pelec i Tomasz Karpiński wraz ze znajomymi i strażakami, by pomóc małemu Wiktorkowi, weszli na Śnieżkę w strojach wróżek. Mimo bardzo złej pogody, która mocno utrudniała wyzwanie, nie poddali się.

Przypomnijmy, że akcję wymyślono, by pomóc małemu Wiktorkowi Ratajczakowi, który zmaga się z bardzo agresywnym nowotworem. Trójka znajomych postanowiła pomóc chłopcu w niecodzienny sposób – weszli na Śnieżkę w strojach wróżek. Warunek był jeden: na specjalną, wirtualną skarbonkę dla Wiktora musiało wpłynąć 10 tysięcy złotych.

Przyznam, że początkowo byłem sceptyczny co do tak wysokiej kwoty. Myślałem, że uda się zebrać dwa, trzy tysiące złotych, bo tych zbiórek jest wiele. Do tego dochodzi trudna sytuacja, zbliżające się święta. Na skarbonce pojawiło się jednak około 12 tysięcy złotych i dodatkowy tysiąc udało się zebrać podczas akcji – opowiada Albert Pelec.

Atak

Do Joanny, Alberta i Tomka dołączyły kolejne osoby. W sumie atak podjęły 22 osoby. W tym strażacy, którzy wchodzili w strojach strażackich i znajomi, którzy postanowili zdobyć szczyt bez ubrań. Tylko w bieliźnie i z wróżkowymi akcentami. Wybrali czarną, najtrudniejszą trasę. W niedzielę, 4 grudnia zebrali się na jej początku i około 8.30 rozpoczęli wyzwanie. Nieco wcześniej niż zamierzali, ale prognozy wskazywały, że pogoda, i tak już nieciekawa, będzie się z każdą chwilą pogarszać. Podzielili się na kilka grupek, a jako pierwsi szli morsujący na sucho, bo to oni musieli jak najszybciej pokonać trasę, by zbytnio nie wychłodzić organizmów. Oczywiście byli przygotowani na sytuacje awaryjne, ale mimo bardziej złej pogody nikt po drodze się nie poddał.

Pierwsze zaskoczenie pojawiło się na samym początku trasy, gdzie droga była jeszcze wybrukowana, bo od początku musieliśmy założyć raki. Początkowy odcinek był wymagający, ale jeszcze dość przyjemny. Przeszkadzał bardzo mocno wiejący wiatr. W drugiej części trasy było jeszcze gorzej. To był kosmos. Wiatr jeszcze się nasilił i niósł ze sobą śnieg i kawałki lodu, które uderzały w twarz. Ostatnie piętnaście minut było bardzo wymagające. Wszyscy, mimo tych trudności, cel osiągnęli. Zmierzyli się ze swoimi słabościami, a te utrudnienia pozwoliły na chwilę poczuć, z jakimi problemami zmaga się Wiktorek i jego rodzina. Po to tę akcję przeprowadziliśmy, żeby pomóc chłopcu i jego rodzicom poprzez zbiórkę, rozpropagowanie tej zbiórki i wczuć się w ich sytuację – podkreśla Pelec.

Wejście najszybszym, czyli morsom, bo to im było najzimniej, zajęło nieco ponad półtorej godziny. Reszta dotarła nieco później. Po chwili odpoczynku wybrali się w drogę powrotną, ale tutaj po drodze urządzili sobie przerwę w schronisku na ciepły posiłek. W sumie cała akcja trwała około pięciu godzin.

Serce rośnie

Jak podkreślają uczestnicy budujące jest to, że tyle osób wsparło ich inicjatywę, ale też dołączyło do akcji, bo pokazuje, że ludzie chcą pomagać, nie tylko poprzez wpłaty, ale też wyjście ze swojej strefy komfortu i poświęcenie czasu i sił dla chłopca, któremu nie pozostało już wiele czasu. Na koncie zbiórki wciąż brakuje ponad pół miliona złotych, a bez kosztownego leczenia Wiktorek nie będzie miał szans na przeżycie. Pomóc chłopcu można na stronie: www.siepomaga.pl/wiktorek-ratajczak.

do Góry